Początki w Holandii

Jak wiecie bądź nie wiecie (to już wiecie) 24 czerwca spakowałam manatki i wyruszyłam w drogę do Amsterdamu. I mimo tego, że nie była to moja pierwsza podróż w te strony, los postanowił nie oszczędzać mojej osoby i zafundował mi gros niespodzianek. Kaskada problemów, jeden rozwiązany, drugi już nadchodzi. Teraz mogę się już z tego śmiać, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Ale od początku.


Zacznijmy od tego, że przed wyjazdem sporządziłam perfekcyjny plan. Zaliczenia, obrona, wyjazd. W międzyczasie założenie konta walutowego, by dla bezpieczeństwa zasilić je gotówką, której straszliwie nie chciałam wieźć w portfelu. Niestety, katolickie święta wybiły wszystkie państwowe instytucje z rytmu (z bankiem i pocztą na czele), co skutkowało tym, że zestresowana na maksa tłukłam się kilkanaście godzin z całym dobytkiem w torebce. No ale, nadszedł TEN dzień, więc trzeba było odłożyć na bok „drobnostki” i skupić się na reszcie planu. Sobotnim rankiem (aka środek nocy czwarta rano) wyruszyliśmy na pociąg do Wrocławia, a właściwie Poznania z przesiadką. Pierwszy problem, jaki stanął na naszej drodze — przemilczę. Powiem tylko tyle — mało brakowało, a granicę przekraczałabym sama, na szczęście chwała przesyłkom konduktorskim (i ich nadawcom). Po godzinach stresu, wałęsania się po Wrocławiu przyszła pora na poszukiwanie dworca autobusowego. Halo, Wrocław, naprawcie te oznaczenia, bo dotarcie w to miejsce graniczy prawie z cudem. Padnięci jak muchy o 21:30 usadowiliśmy się w swoich idealnych przednioautokarowych siedzeniach i ruszyliśmy w trasę. W godzinach porannych ledwo żywi wytargaliśmy swoje graty z bagażnika i krokiem zombie skierowaliśmy się w stronę metra. Z biletami w dłoni wleźliśmy do windy (dodam, że te ważące tonę walizki tachaliśmy kilkukrotnie po schodach z powodu własnego gapiostwa i ominięcia ruchomych schodów na dworcach). Metro, kierunek Centraal Station. Udało się - jedziemy.


Godzina 14. Zbieramy się na kolejne metro w kierunku mieszkania wynajętego przez Airbnb. Po drodze wstępujemy do supermarketu, wybieramy właśnie produkty na śniadanko, gdy rozlega się dzwonek mojego telefonu. Okazuje się, że nasz host nie może nas przenocować, ale może zagwarantować nam pokój zastępczy. Kierujemy się więc w stronę mieszkania numer 2, trochę błądząc, trochę klnąc pod nosem, trochę nie wiedząc, czego możemy się spodziewać. Równie dobrze ten ktoś mógłby nas wyrzucić na bruk w środku nocy, koniec końców nie ma wobec nas żadnych zobowiązań. Na szczęście nasz nowy host okazał się w porządku, jednak wciąż pozostawała kwestia potwierdzenia rezerwacji w serwisie. W tym miejscu ogromny ukłon dla supportu Airbnb, ponieważ jak się później okazało, nasz początkowy host złamał regulamin, a więc przysługiwał nam full refund. Uwierzcie, po tych wszystkich zdarzeniach, do których zaraz przejdę ta informacja była nawet nie iskierką, a ogniskiem nadziei.

Przyjeżdżając do Amsterdamu mieliśmy ścisły plan. Szukamy pokoju na miesiąc, potem pracy, a potem wprowadzamy się do mieszkania, które załatwiliśmy jeszcze przed wyjazdem (ale musimy na nie poczekać do 1 sierpnia). Niestety poszukiwania, a raczej oczekiwania wynajmujących mocno przerosły nasze możliwości. Zaczynając od horrendalnych cen wynajmu (1200€, żeby dostać w ogóle klucze) a kończąc na propozycjach zamieszkania w pokoju w zamian za „fetish party". Finalnie znaleźliśmy świetną opcję, no ale...od 1 lipca. Nasz nocleg przez Airbnb dobiegał końca, więc desperacko poszukiwaliśmy czegoś na kolejne dni. Cudem (dosłownie) udało nam się znaleźć kogoś, kto przenocuje nas za 25€ od osoby, co przy standardowych amsterdamskich cenach było, prawie że darmochą (30€ za dobę w hostelu z 8 osobami lub 40€ za dobę na campingu).


Kiedy emocje związane z mieszkaniem opadły, przyszedł czas na pracę. Roznoszenie CV, wysyłanie CV, wypełnianie aplikacji. Moje poprzednie doświadczenie zawodowe w Amsterdamie dotyczyło między innymi pracy w gofrowni, więc tego typu miejsca były początkowo moim priorytetem. Udało się. Jedno z miejsc zaproponowało mi dzień próbny. Szczęśliwa i pewna siebie poszłam by przetestować swoje możliwości. To co mnie tam spotkało...

Moim zadaniem było głównie mycie naczyń, wstawianie ich do zmywarki, wycieranie, odkładanie i tak w kółko. Bez narzekań, pierwszy dzień, rozumiem, jednak zwątpiłam, gdy manager po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi na pytanie „robiłaś już wcześniej gofry i naleśniki?” odpowiedział „to zaczniesz to robić za jakiś miesiąc". To, co działo się później, wyglądało jak konkurs na najbardziej idiotyczne sytuacje, w jakich przyszło mi uczestniczyć. Zacznijmy od tego, że wymagano ode mnie śpiewania i tańczenia w trakcie zmywania naczyń PLUS jednoczesnego wykonywania poleceń i zaznajamiania się z zasadami funkcjonowania tego miejsca. Przede mną leżała tacka z setką sztućców do wysuszenia, która według osoby nadzorującej zmianę powinna być pusta w przeciągu maksymalnie 3 minut. Następnie, gdy już uporałam się z toną brudnych naczyń i przekierowano mnie do uzupełniania pojemników z płynną czekoladą, manager uznał, że to świetny moment na to, aby przetestować mój refleks — rzucając we mnie butelką czekolady, bez zapowiedzi, oczekując, że będę w stanie ją złapać. Oczywiście, gdy do tego nie doszło otrzymałam reprymendę pt.”Joanna, następnym razem złap to w dwie ręce". A jeśli już jesteśmy przy rzucaniu rzeczami... czy chcielibyście zjeść lody z naleśnikami, gdzie gałki są przerzucane między pracownikami przez połowę długości sklepu? Ja nie, ale według managera tego miejsca „ważne jest show". Do pakietu debilnych sytuacji dorzućmy jeszcze niesamowicie głośną muzykę, która składała się z 3 zapętlonych piosenek, krzyczącego do wszystkich gości managera, który jednocześnie flirtował (dosyć ostentacyjnie) z każdą klientką (niezależnie od tego, czy była sama, czy z partnerem) oraz mój „ulubieniec”, czyli obsypywanie cukrem pudrem zimnych ogni (a także ludzi i ich rzeczy dookoła) umiejscowionych pośrodku naleśników po to, by wywołać płomień, poprzedzone sugestią „włączcie swoje snapchaty". Ogólnie mój dzień próbny zakończył się stosunkowo szybko, a na dokładkę, gdy chciałam zmienić firmowe ciuchy na prywatne usłyszałam "rozbierz się tutaj, to Amsterdam". Oczywiście w tym momencie bez ogródek z moich ust popłynęło „fuck off".

Na szczęście finalnie trochę spraw się rozwiązało. Przed nami kilka rozmów o pracę i życie idzie powoli do przodu, ale zdecydowanie, jak na start Holandia postanowiła nas nieźle przetestować. A co u was? Może też macie jakieś szalone historie z początków za granicą/w nowym mieście?


Długa podróż autokarem. Co zabrać ze sobą? + 100 zł rabatu na Airbnb!



Do naszego wyjazdu został tydzień, więc nadeszła pora na pakowanie. Najbliższe dni na blogu będą poświęcone przygotowaniom do wyjazdu za granicę, więc bądźcie na bieżąco!

Dzisiaj przygotowałam dla was listę najpotrzebniejszych rzeczy, które warto uwzględnić w bagażu podręcznym podczas wielogodzinnej podróży autokarem. W swoim życiu zaliczyłam 14 ponad dwudziestogodzinnych wojaży za pośrednictwem busów lub autokarów. I szczerze mówiąc, za każdym razem, gdy moja stopa dotykała ziemi miejsca docelowego mówiłam sobie (i wszystkim dookoła), że to ostatni raz. Niestety, jak widać, nie wyszło. ;)

Jestem osobą, która bardzo ceni sobie komfort, nawet ten minimalny, więc na mojej liście znajdziecie absolutne niezbędniki ułatwiające męczącą i długotrwałą podróż.

Dokumenty


Mam swoją zasadę, że wszystkie potrzebne mi w podróży dokumenty trzymam w osobnej części torby podręcznej, żeby ułatwić tym życie zarówno sobie, jak i pilotowi autokaru. Bilet oraz dowód osobisty lub paszport dobrze mieć gdzieś na wierzchu.

Poduszka lub zagłówek



Dla osób śpiących w podróży, czego swoją drogą bardzo zazdroszczę, (marzy mi się przysnąć i obudzić na miejscu), jest to chyba oczywiste, że bez poduszki ani rusz. Ale nawet jeśli w podróży nie sypiasz, polecam zabranie poduszki lub zagłówka, chociażby dla zapewnienia sobie minimalnego komfortu szyi, którą dosyć mocno nadwyrężamy siedzeniem przez kilka godzin w jednej pozycji.


Ciepłe ubranie


Nawet jeśli wyjeżdżasz w środku lata i mimo zmroku temperatura znacznie nie spada, dobrze jest mieć przy sobie, poza walizką jakąś bluzę czy sweter, który zarzucisz na siebie podczas nocnych postojów czy nawet śpiąc w autokarze. Latem także dużo częściej w autokarach stosuje się klimatyzację, nawet nocą.

Jedzenie


Coś lekkiego, bez intensywnych zapachów. Polecam kanapki z chudym mięsem i np. sałatą z pomidorem. Dobrze jest też zabrać ze sobą jakieś owoce (najlepiej zapakowane w jakieś pudełeczko, które możesz potem spokojnie wyrzucić), pokrojone warzywa np. marchewki, pomidorki koktajlowe lub jakieś jogurty. Fajną opcją jest też przygotowanie lekkiej sałatki (tu odradzam mocne przyprawy i sosy). Oprócz poszanowania reszty wycieczkowiczów, jedząc tego typu potrawy w drodze zagwarantujesz dodatkowy komfort samemu sobie. Na podróż wybieraj lekkostrawne potrawy, unikaj ostrych i tłustych rzeczy. 

Podróżując latem pamiętaj o wodzie. Ja zawsze zabieram ze sobą jedną dużą butelkę, a potem w razie potrzeby dokupuję kolejną na postoju. Świetną opcją jest też butelka z filtrem, którą możesz stale uzupełniać. Np. Fill&Go firmy Brita.

Coś miętowego


Zwłaszcza jeśli zmagasz się z chorobą lokomocyjną. Zawsze zabieram ze sobą jakieś mentosy lub gumę do żucia, które pomagają mi, gdy dopadną mnie mdłości.

Kosmetyki


-chusteczki nawilżane, chusteczki do higieny intymnej,
-mini płyn do płukania jamy ustnej (do kupienia np. w Rossmannie),
-żel antybakteryjny do rąk (w podróży roi się od zarazków),
-balsam do ust, mały krem do rąk (długotrwałe przebywanie w klimatyzowanym autokarze wysusza skórę).

Leki


Jeśli potrzebujesz - Aviomarin. Poza tym dobrze mieć ze sobą jakąś tabletkę przeciwbólową. Polecam kupić saszetki z 2 pojedynczymi tabletkami np. Ibupromu czy Apapu. Do tego warto zapakować do torby kilka plastrów


Coś na stopy


Trzymanie stóp przez kilkanaście godzin w obuwiu nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Dlatego ja zawsze zabieram ze sobą kapcie-balerinki, które zajmują mało miejsca. Jeśli nie chcesz zabierać dodatkowego balastu polecam podróżować w odkrytym obuwiu (np. sandały) i wziąć po prostu ze sobą parę skarpetek, które nałożysz po zdjęciu butów. Bose stopy na siedzeniu są po prostu niehigieniczne. 

Powerbank


Od kiedy to cudo weszło szturmem na polski rynek jestem uratowana. Zawsze musiałam oszczędzać baterię w telefonie, a teraz mogę spokojnie słuchać muzyki przez cały czas. 

Telefon/odtwarzacz/krzyżówki


Zrzuć sobie dużo muzyki, podcastów czy audiobooków, żeby zająć czymś swój czas. Fajną opcją jest też jakiś czytnik lub tablet z e-bookiem. Jeśli oczywiście możesz czytać w drodze. ;)


100 zł rabatu na Airbnb




Na koniec przygotowałam dla was świetną opcję, jeśli potrzebujecie kilkudniowego noclegu w dobrej cenie. Jeśli założycie konto z mojego polecenia (tego linku) otrzymacie 100 zł rabatu na pierwszą rezerwację (przy min. kwocie 280 zł). Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, ponieważ ta stówka na spokojnie pokrywa opłaty serwisowe czy podatek turystyczny, wtedy płacicie tylko za nocleg! Nam udało się znaleźć dwudobowy nocleg za 300 zł (dla dwóch osób). 

Airbnb zapewnia wam bezpieczeństwo. Pieniądze są transferowane za pomocą serwisu i bezpiecznej płatności PayPal, a właściciel otrzyma je dopiero, gdy się zameldujecie na miejscu. Dzięki temu nikt was nie oszuka i nie skończycie na bruku w obcym mieście lub kraju. Pamiętajcie, że otrzymacie zniżkę tylko jeśli zarejestrujecie się z wyżej wymienionego linku!






Dzielnica czerwonych latarni

W tekście na temat zwiedzania Amsterdamu w weekend jako jedną z pozycji na liście wymieniłam właśnie ten fragment miasta. Dzielnica czerwonych latarni, Red Light District czy De Wallen, jak kto woli. Wprawdzie zrobiłam to ze względu na sumienie, ponieważ wiem, że jest to punkt na mapie, który interesuje wielu turystów, jednak chciałabym teraz bardziej przybliżyć moje zdanie na temat tego miejsca, co może równać się z tym, że mocno was do niego zniechęcę. 



Red Light to takie miejsce, do którego chodzi się albo za potrzebą albo z ciekawości. Innych opcji nie widzę. Jasne, znajdują się tam całkiem fajne bary, ale nie wiem, czy są one warte przeciskania się przez tłum. I muszę wam szczerze powiedzieć, że moje odczucia nie zmieniły się za bardzo od tego, gdy zobaczyłam to miejsce po raz pierwszy. Na ulicach jest pełno ludzi. Mówiąc pełno, mam na myśli przeciskanie się między nimi. Ten fragment miasta nie należy do najczystszych. Pełno walających się śmieci na chodniku to norma. Czemu się trochę nie dziwię, bo sprzątanie pomiędzy setkami ludzi nie należy zapewne do najłatwiejszych. No i, nie wiem jak wy reagujecie na pół nagie kobiety prężące się w oknach, ale mnie to mocno zawstydza. Nie jestem w stanie spojrzeć w okno na dłużej niż kilka sekund, bo gdy tylko prostytutka złapie ze mną kontakt wzrokowy jest mi głupio. Nie jest mi głupio, bo mi jej szkoda. Nie jest mi głupio, bo taki zawód. Jest mi głupio, bo jestem dla niej potencjalnym klientem. Tak, mimo faktu bycia kobietą.

Wielu ludzi, gdy mówię o byciu w Amsterdamie w pierwszej kolejności pyta mnie właśnie o Red Light i o to jak to tam wszystko wygląda, więc odpowiadam.

Jak to działa?


Prostytucja jest tutaj legalna. To już wiecie. Do 2000 roku bycie alfonsem było nielegalne, teraz jednak wystarczy, że sutener otrzyma pozwolenie i będzie odprowadzał podatki. Dzięki temu kobiety, które pracują na Red Lightcie mają całkiem przyzwoitą ochronę. Są także ubezpieczone oraz odprowadzają od swoich zysków podatki. A co za tym idzie, tak, mogą dostać emeryturę prostytutki. Co więcej, mają one swój własny związek zawodowy De Rode Draad, jednak wiele kobiet nie decyduje się na wstąpienie w jego szeregi z przeróżnych powodów. Należy jednak pamiętać, że wciąż w Holandii znajduje się wiele instytucji, które nie traktują prostytucji jako regularnej pracy. Dlatego też często odmawia się im pożyczek bankowych czy ubezpieczeń „firmy".

Godziny pracy


Godziny, w których panie mogą zarabiać w swoich oknach to zazwyczaj okolice południa aż do późnych godzin po północy. 

Sposób korzystania z usług


To jest całkiem proste. Jeśli mężczyzna (lub kobieta, jak kto woli) mijając okna z prostytutkami znajdzie taką, która wyda mu się odpowiednia, podchodzi do jej okna, puka w szybę, a potem ustala z nią warunki (co będą robić, jak długo i za ile). Jeśli obie strony się zgadzają, pan wchodzi do skrytego za szybą pokoiku i przechodzą wspólnie do czynu. Okno zostaje zasłonięte czerwoną kotarą, co świadczy o tym, że ta kobieta jest zajęta. Aby skorzystać z usług prostytutki, musisz mieć co najmniej 16 lat, a sama prostytutka musi być osobą pełnoletnią.

Ile to kosztuje?


Około 50€ za 15-20 minut seksu oralnego i regularnego stosunku (w obu przypadkach przy użyciu prezerwatyw). Pojedyncze atrakcje to koszt ok. 30€. Jeśli masz ochotę na coś więcej lub chcesz wydłużyć czas usługi, zazwyczaj musisz za to dopłacić, jednak są i takie panie, które przedłużają ten czas bez dodatkowych opłat, chcąc tym samym wybić się na tle konkurencji.

Czy Red Light jest bezpieczny?


Jest to miejsce pełne turystów, ponieważ lokalni mieszkańcy raczej starają się te ulice omijać. Więc w sumie jedyne co może wam tu grozić to kieszonkowcy (dlatego pilnujcie swoich rzeczy, a już na pewno nie wchodźcie w te tereny z lustrzanką wywieszoną na szyi) oraz dealerzy. Ci drudzy są nieszkodliwi, jedyna interakcja (mam nadzieję, że jedyna;)), w jaką z nimi wejdziecie to rzucone w waszą stronę "pssst... you want some cocaine?". Oprócz tego dzielnica ta jest nieustannie monitorowana, a także obowiązuje tu zakaz nagrywania materiałów wideo i robienia zdjęć. Tak jak wspominałam w poście Amsterdam w weekend , dzieje się tak ze względu na bezpieczeństwo prostytutek. Jeśli myślicie, że obejdziecie ten zakaz to możecie się spokojnie pożegnać ze sprzętem, którym chcecie to zdjęcie wykonać. Byłam świadkiem, jak kobieta opuszcza swój pokój, podchodzi do mężczyzny i wyrzuca jego aparat do kanału. 

Czym się różni czerwone światło od niebieskiego?


Zanim pomyślicie „eee to pewnie taka fanaberia" przeczytajcie moje słowa, żebyście tego gorzko nie pożałowali. Czerwone światło = kobieta, niebieskie światło = niekoniecznie kobieta. Teraz rozumiecie? Za pośrednictwem niebieskiego światła prostytutka pracująca w tym oknie, oznajmia, że jest transwestytą lub transgenderem. Lecz, jak to w życiu bywa istnieją wyjątki od tej reguły. Niektóre kobiety używają niebieskich świateł, żeby po prostu lepiej się prezentować. Ulice, na których najczęściej spotkasz osoby trans- to: Bloedstraat i Barndesteeg, jednak wciąż nie jest to zasadą.

Ile prostytutek pracuje na RLD?


W Amsterdamie znajduje się około 400 okien, niektóre z nich funkcjonują poza terenem RLD. Statystycznie mówi się o 5 do 8 tys. prostytutek, ponieważ mogą one wykonywać swój zawód także w ramach eskorty lub pracując w klubach nocnych. Praca na ulicy jest nielegalna. Większość z nich to kobiety ze wschodniej części Europy (niestety).

Jaki jest koszt utrzymania okna?


Średnio jest to około 85€ w dzień i 115€ w nocy, jednak te ceny stale rosną, a co za tym idzie, na RLD możecie spotkać coraz więcej pustych okien. Wynajem jest określony czasowo i przewiduje około 8 godzin pracy.

Dlaczego one to tak właściwie robią?


Zawsze, gdy opowiadam o Red Lightcie ze szczegółami pada pytanie: "Skąd Ty to wszystko wiesz?". Wiem, bo jedną z klientek sklepu z goframi, w którym pracowałam była kobieta, która tam pracuje. Zanim się na mnie rzucicie, że rozpowiadam niewygodne informacje, ona nie ma absolutnie żadnego problemu z tym, jaki zawód wykonuje i bardzo chętnie zaspokajała moją ciekawość. Poza tym, czytałam kilka blogów kobiet pracujących na Red Lightcie, jak znajdę linki to podrzucę. ;)

Większość kobiet, które podejmują pracę na RLD robią to dla kasy. Zarabiają zazwyczaj po kilka tysięcy euro miesięcznie, bardzo łatwo jest im wybrnąć z płacenia podatków, są sobie same szefem. To chyba najczęściej wymieniane zalety. Oczywiście, nie znaczy to, że każda z pań ma portfel wypchany kasą po brzegi. Najwięcej zarabiają dwudziestolatki, z chyba logicznych powodów. Jednak, z mojego punktu widzenia, w wielu przypadkach miałabym chyba nie mały problem w ocenieniu ile te kobiety mają lat. Wbrew pozorom są one zazwyczaj bardzo zadbane i inwestują sporo pieniędzy w medycynę estetyczną. 

Nie patrzcie zatem na te kobiety jak na ofiary. Zawód jaki wykonują był jest i będzie ich świadomą decyzją. Jasne, zdarzają się wyjątki, ale takie sprawy bardzo szybko wychodzą na jaw i są karane.

Zamiast psychologa


Co ciekawe, mężczyźni często korzystają z usług prostytutek, nie w celu uprawiania seksu, a w celu rozmowy. Są to najczęściej wpływowi mężczyźni, którym doskwiera samotność. Taka prostytutka bierze wtedy normalną stawkę od takiego klienta, ale zamiast uprawiać seks, po prostu go słucha.

Pokazy


Na RLD stosunkowo często odbywają się pokazy, najczęściej są to całujące się kobiety, które potem zachęcają rozochocony tłum do dalszego podglądania, ale już za kasę. W sumie jeden pokaz drugiemu nierówny, ale powiem szczerze, że pracując niedaleko tej dzielnicy i idąc wzdłuż niej na metro, widziałam stanowczo za dużo.

Czy Holendrzy korzystają z ich usług?


Mam sceptyczne podejście do statystyk, a i logiczne jest to, że wielu „daczów" się do tego typu rozrywki nie przyzna, ale według danych statystycznych ok. 20% Holendrów odbyło w swoim życiu min. jeden stosunek z prostytutką. Sami oceńcie czy to dużo, czy mało.

Ośrodek informacji o prostytucji


W samym sercu Red Lightu możecie spotkać ośrodek informacji o prostytucji stworzony przez byłą prostytutkę, w którym można zobaczyć m.in. odtworzone miejsce pracy. 

Dlaczego Amsterdam się na to zgadza?

Z takiego samego powodu jak w przypadku marihuany. By zmniejszyć wpływy czarnego rynku i wyeliminować jak najwięcej przestępstw. Jeśli chcecie zapalić zioło, idziecie do coffeshopu i macie pewność, że nie palicie jakiejś trutki na szczury zmiksowanej ze szkłem. Idąc na Red Light, wiecie, że uprawiacie seks LEGALNIE bez obaw, że ktoś was za to zgarnie, tym samym mając prawie 100% pewność, że kobieta, z którą to robicie nie jest do tego zmuszana.

Moja pierwsza praca w Amsterdamie


Dzisiejszy tekst to taka trochę prywata. Uznałam, że warto przełamać poradnikowy charakter bloga i umieścić od czasu do czasu tutaj coś innego, luźniejszego. Dlatego też opowiem wam trochę o tym, co łączy moją osobę z Amsterdamem i jaka była moja pierwsza praca.

Pierwszy raz Holandię odwiedziłam w 2011 roku. Wszystko za sprawą tego, że w tymże kraju wylądowała moja starsza siostra. Przyznam, że na starcie się trochę zachłysnęłam tą odmiennością i niewiele pamiętam z tamtego zwiedzania. 

Potem już tak jakoś wyszło, że czy to wakacje, czy ferie, czy święta spędzałam w mniejszej lub większej części właśnie w Amsterdamie. Po maturze zdecydowałam, że wyjadę po raz pierwszy do pracy i zostanę na dłużej niż kilka tygodni. I to był ten przełomowy moment, w którym w mojej głowie zaczęła pojawiać się wizja wyprowadzki. Jednak przede mną były studia, doświadczenie, którego nie chciałam sobie odmawiać i uznałam, że na Holandię przyjdzie jeszcze czas. 

I takim oto sposobem, z każdymi kolejnymi wakacjami spędzonymi w Amsterdamie coraz bardziej przybliżałam się do planu, którego realizacja w końcu stała się możliwa ze względu na fakt, że w tym miesiącu kończę studia. :)

Długo się wstrzymywałam z jakimkolwiek sygnalizowaniem, że mój wyjazd nie będzie wyjazdem identycznym z tymi z poprzednich lat. Powodem tego są najpewniej ludzie. Wiecie jak to jest, mała niecierpliwość burzy wielkie plany. Kiedy przed studiami wróciłam z pracy w Holandii, spora część moich znajomych brała moje opowieści za bajki. Serio. Pośród Polaków utarła się mentalność, że praca za granicą nie może być przyjemna czy rozwijająca, a kraj opuszcza się po to, żeby tyrać za dwóch, odkładać każdego centa, a potem żyć jak panisko po powrocie. I to nie jest nawet jakaś nadzwyczajna generalizacja, takich przykładów można mnożyć i mnożyć, wyjątków jest niewiele. Często zatem słyszałam, że pewnie załatwiłam pracę po znajomości, albo, że niekoniecznie uczciwie wkupiłam się w łaski pracodawcy. Mało kto chciał mi tak naprawdę uwierzyć w to, że znalezienie innej pracy niż 100% fizyczna jest możliwe. Potem pojawiały się standardowe zwroty typu „po prostu miałaś farta” czy „masz łatwiej, bo w Holandii mieszka Twoja siostra". Fart nie ma tutaj niestety nic do rzeczy. O pracę trzeba się STARAĆ. Nic samo nie przychodzi. A co do drugiej kwestii, jasne, było mi łatwiej, chociażby z zakwaterowaniem, bo miałam do kogo pojechać, ale na tym tak naprawdę łatwość się skończyła. Siostra poradziła mi to, co każdy może wam poradzić, kiedy po raz pierwszy szukacie pracy. Czyli, roznoś CV, pisz mejle, czytaj ogłoszenia.

Moja pierwsza praca polegała na przygotowaniu i sprzedaży gofrów i naleśników. Oprócz tego w grę wchodziły standardowe obowiązki sprzedawcy, czyli dbanie o porządek w miejscu pracy, otwieranie i zamykanie sklepu, odbieranie dostaw, rozliczanie się z zysku i tak dalej. Doświadczenie miałam zerowe, nigdy w życiu nigdzie nie pracowałam, poza jakimiś dorywczymi pierdółkami. Moim jedynym atutem był wiek (ze względu na stawkę wiekową, która była korzystna dla pracodawcy) oraz znajomość języka angielskiego. I to tak naprawdę wystarczyło, żeby zagwarantować mi dzień próbny, który zakończył się podpisaniem umowy. Czy praca, którą wykonywałam była łatwa? Ani trochę. Wiem, że w porównaniu do fizycznego zapieprzania... Jednak zdania nie zmienię, praca sprzedawcy, gdziekolwiek by to nie było, nie należy do łatwych.

Po pierwsze klienci potrafią być niesamowitą udręką. Zdarzały mi się przypadki, gdy podczas większego ruchu grupa turystów ukradła słoiczek z napiwkami, gdy kobieta zamówiła gofra i nie próbując, wyrzuciła go prosto do kosza, gdy Polacy stawali przed ladą i myśląc, że ich nie rozumiem, komentowali w wulgarny sposób moją osobę, gdy do sklepu przychodzili kompletnie zjarani ludzie, którzy nie byli w stanie złożyć zamówienia, gdy obrażano mnie ze względu na brak znajomości języka niderlandzkiego... i mogłabym tak do jutra. Po drugie, na moich barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. W całym swoim życiu nie miałam do czynienia z taką ilością pieniędzy, jaką było mi dane liczyć i chować do sejfu, jakakolwiek pomyłka wskazywałaby na to, że postanowiłam sobie coś z tej sumki uszczknąć. Miałam 19 lat, byłam tak naprawdę gówniarą, którą pilnowanie cudzego dobytku niemożliwie stresowało. Do tego, z racji, że był to sklep z żywnością, musiałam bardzo skrupulatnie dbać o czystość każdego zakamarka, ponieważ w Holandii, kraju stojącym na wodzie, bardzo łatwo o gryzonie. Kończyło się to tym, że po zamknięciu spędzałam ponad godzinę na porządkach. Zamykanie sklepu, który znajdował się tuż przy turystycznych atrakcjach, o godzinie 23, sama w tłumie ludzi, z kluczami w ręku też nie należało do lajtowych sytuacji. Tak samo, jak wracanie o tej godzinie komunikacją miejską, najczęściej ostatnim metrem/autobusem, które są oblegane przez imprezowiczów. Jednak mimo tych wszystkich stresujących sytuacji, pracę wspominam bardzo dobrze. Zarabiałam nieźle, miałam nieustanny kontakt z ludźmi (co jest dla mnie ogromnym atutem) i poznałam dużo fajnych osób, a do tego nauczyłam się robić świetne naleśniki, które później służyły mi jako darmowe śniadania. ;)

Jak widać, wszystko jest osiągalne, jeśli się bardzo mocno czegoś chce. Ja bardzo chciałam pracować bez pośredników, na „swoich” warunkach i w centrum Amsterdamu. Gdybym nie wracała na studia, najpewniej bym została w tej pracy na dłużej. Teraz mam cichą nadzieję, że znów uda mi się znaleźć coś równie znośnego i opłacalnego, żeby pozytywnie zacząć swoją kolejną przygodę z tym miastem.
Tymczasem, zabieram się za ostatnie formalności związane z uczelnią, przygotowania do obrony i przedwyjazdowe zakupy, o których opowiem więcej w poście o tym, co zabrać ze sobą na wyjazd do Holandii.


De Drie Graefjes


Co powiesz na przepyszne kolorowe ciasta? A może ciasteczka? A do tego wszystkiego świetny ustronny klimat? Trzy razy tak? W takim razie pora przedstawić miejsce, gdzie spróbujesz kawałka nieba. De Drie Graefjes.

@dedriegraefjes instagram


De Drie Graefjes to przede wszystkim miejsce, w którym możesz skosztować przeróżnych świeżo upieczonych (!) deserów. Poza słodkościami w menu znajdują się także typowo lunchowo-brunchowe pozycje jak sałatki, naleśniki, omlety, kanapki i wiele innych. Osobiście najczęściej lądowałam tu w celu skosztowania ukochanego Red Velvet, ale zdarzył się i ten jeden raz, gdy w moje ręce (i brzusio) wpadła pyszna kanapka à la hamburger z kurczakiem i warzywami.

@dedriegraefjes instagram


Co więcej, De Drie Graefjes posiada własny webshop, w którym możesz zamówić, a później odebrać świeże wypieki pochodzące z przylegającej do kawiarni piekarni. 

https://www.dedriegraefjes.nl/
Z całego serca polecam to miejsce. Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz panuje przyjemny klimat, w sam raz na popołudniowe spotkania. Ciasta są przepyszne, a porcje są na tyle zadowalające, że nawet taki łasuch jak ja wymięka po jednym kawałku. Ceny są naprawdę znośne jak na Amsterdam. Burgery to koszt ok. 10€, kawałek ciasta ok. 4€, a babeczki i ciastka ok. 3€. Kawy, herbaty, soki i pozostałe napoje także nie przewyższają 3€. Jeśli chodzi o alkohol De Drie Graefjes serwuje wino (na butelki 23€ za białe/różowe, 27€ za prosecco oraz na kieliszki 4,50€ białe/różowe, 9,50€ prosecco), a także piwo, którego koszt waha się w granicach 4€.

Zarówno lunchroom, jak i piekarnie znajdują się pod dwoma adresami.

Eggertstraat 1
1012 NN Amsterdam
oraz
Rokin 128 
1012 LC Amsterdam. 



Amsterdam w weekend



Dobra. Nie oszukujmy się. Zwiedzenie tego miasta w weekend graniczy z cudem. W sumie zwiedzanie jakiegokolwiek dużego miasta w dwa dni to nie lada wyzwanie. Zostańmy zatem przy tym, że kiedyś tu wrócisz (na pewno wrócisz;)) i poznasz więcej miejsc bez turystycznej presji. A tymczasem, jeśli wybierasz się do holenderskiego miasta grzechu, zanotuj sobie kilka istotnych punktów na mapie.


O tym jak się poruszać po mieście pisałam tutaj i właściwie tutaj. Zatem tę kwestię mamy za sobą. Przejdźmy do konkretów. Przyjeżdżasz do Amsterdamu i lądujesz na przepięknej drugiej co do wielkości w Holandii stacji kolejowej (po Utrechcie).

photo credit: http://www.vvv.nl/

Co dalej? Wszystko zależy od tego, jakiego typu turystą jesteś. Czy interesują Cię ciekawe miejsca w tym mieście, coś gdzie możesz poczuć klimat amsterdamskiego życia. Czy jesteś typowym turystą lubującym się w zabytkach i muzeach. Jeśli jesteś tym drugim typem, to trafiłeś do całkiem adekwatnego do Twoich upodobań miasta. Trzy najważniejsze muzea to: Rijksmuseum (Muzeum Państwowe), Muzeum Van GoghaStedelijk Museum (Muzeum Miejskie). W pierwszym są klasyki sztuki, takie jak "Straż Nocna", w drugim wiadomo, a trzeci to sztuka współczesna. Naturalnie w grę wchodzi jeszcze Dom Anny Frank. Poza tym na terenie Amsterdamu znajduje się jeszcze co najmniej kilkadziesiąt innych muzeów, do których najlepszą opcją wstępu jest Karta Muzealna.

Musemkaart – Karta Muzealna, daje Ci możliwość wstępu do 400 muzeów na terenie całej Holandii. Dzięki niej wejdziesz za darmo lub ze zniżką. Karta ta kosztuje € 59.90 dla dorosłych (19 lat i starsi) i € 32,45 dla młodzieży od 13-18 lat. Według nowych zasad tylko rezydenci Holandii mogą wykupić taką kartę na okres 1 roku. Pozostałe mają datę ważności na 31 dni, więc są prawdopodobnie tańsze. Ceny, które wyżej podałam to oficjalne ceny ze strony internetowej.

Okej, mamy za sobą muzea. Przejdźmy do dalszego zwiedzania.


Red Light District (De Wallen) 


photo credit: http://www.iamsterdam.com

Miejsce z pewnością atrakcyjne turystycznie, ciekawe i lekko szokujące. Ulice wypełnione witrynami, w których stoją młode, prawie roznegliżowane kobiety oferujące usługi najstarszego zawodu świata. Polecam wybrać się tam nocą, ze względu na chociażby oświetlenie. Uważajcie tutaj na torebki, aparaty i inne cenne rzeczy, ponieważ ze względu na tłumy te ulice to raj dla kieszonkowców. I najważniejsze, nie wolno tu robić zdjęć. I nie wolno oznacza tu naprawdę — nie wolno. Jest to bardzo przestrzegane (czyt. nagle może pojawić się ktoś, kto zarekwiruje Twój aparat albo zniszczy kartę pamięci) ze względów bezpieczeństwa dla kobiet tu pracujących. Niektóre z nich uciekły ze swoich krajów do pracy i krążenie ich zdjęć po sieci mogłoby przysporzyć im wiele nieprzyjemności. Co ciekawe, w samym środku tej dzielnicy znajduje się najstarszy kościół Amsterdamu, Oude Kerk. Wyobrażacie sobie taką "profanację"? ;) 

Plac Dam


photo credit: Urban Capture

Serce Amsterdamu. Bardzo oblegany turystycznie plac przed Koninklijk Paleis, czyli Pałacem Królewskim. W okolicy znajduje się m.in. Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, Hotel Krasnopolski, Nieuwe Kerk (kościół w którym odbywają się zaprzysiężenia władców Holandii oraz śluby królewskie) oraz przeróżne sklepy. A przechodząc do sklepów, po drugiej stronie ulicy znajduje się...

De Bijenkorf


Czyli centrum handlowe pełne luksusowych marek takich jak: Armani, Balmain, Dior, Estée Lauder, TOM FORD, Jimmy Choo i tak w nieskończoność. Jeśli nie posiadasz środków na zakupy w tym miejscu, możesz do niego wstąpić chociażby, żeby zobaczyć jak wygląda w środku (bo wygląda całkiem imponująco). 



No cóż, po niemałej przechadzce przydałoby się coś zjeść. O konkretnych miejscach na kulinarnej mapie Amsterdamu wspomnę jeszcze nie raz w nadchodzących postach. Tymczasem skieruję Cię w stronę dwóch miejsc, w których nie zawiedzie Cię wybór pubu, baru czy restauracji.

Rembrandtplein


photo credit: ATG

Restauracje, bary, coffeshopy, sklepy, a nawet kluby. Wszystko na jednym placu. Najlepiej dostać się tu tramwajem, który zatrzymuje się w samym sercu Rembrandtplein. 

Leidseplein


photo credit: http://www.holland.com

Czyli kolejne miejsce pełne barów, restauracji i innych atrakcji. Znów, najlepiej dostać się tu tramwajem. W pobliżu znajduje się Heineken Expierience, zabytkowy browar (obecnie muzeum piwa Heineken), ale z opowieści zarówno turystów, jak i Holendrów było mi dane usłyszeć, że zdecydowanie szkoda kasy na tę "atrakcję". ;) 

I amsterdam


photo credit: hotelben.

Czyli raj dla instagramerów. Słynny napis, na którym zawsze wisi tona ludzi robiących sobie zdjęcia. Zazwyczaj można go spotkać na Museumplein, czyli placu na którym znajdują się 3 najważniejsze muzea wymienione wyżej, ale czasami okazjonalnie zmienia swoje położenie. W zeszłym roku, z okazji goszczenia Euro Pride w Amsterdamie, tęczowy napis znajdował się w centrum, w pobliżu Stadhuis, czyli ratusza. 

Kanały



O Amsterdamie mówi się "Wenecja Północy" i dzieje się tak za sprawą 160 obecnych w mieście kanałów. Trzy najważniejsze powstały jeszcze w XVII wieku i razem noszą wdzięczną nazwę: Grachtengordel (pas kanałów). Kanały, o których mowa to Herengracht (kanał panów), Keizersgracht (kanał cesarza) i Prinsengracht (kanał książęcy). Posiadanie lokali (zarówno mieszkalnych, jak i użytkowych) w tej okolicy świadczy o prestiżu. Dla ciekawostki powiem, że ostatnimi czasy natrafiłam na wynajem mieszkania przy Prinsengracht. Zgadnijcie, jaki był miesięczny koszt? 15 tysięcy euro! Jeśli chodzi o kupno, to ceny mieszkań zaczynają się tutaj od miliona.

Vondelpark




Czyli idealna miejscówka na relaks i odpoczynek od wielkomiejskiej turystyki. Spacer, piknik, przejażdżka rowerem — wszystkie chwyty dozwolone. Chociaż w Amsterdamie jest wiele parków i każdy zachwyca czym innym, na dobry początek (bo liczę, że tu wrócisz;)) Vondelpark jest świetną opcją.

I to by było na tyle. Choć o ciekawych miejscach do sprawdzenia w tym mieście wspomnę jeszcze niejeden raz! Wierzę w to, że poruszając się z punktu do punktu, odkryjesz wiele innych miejsc, które przykują Twoją uwagę. Gdy lądujesz w Amsterdamie któryś raz z rzędu i nie czujesz turystycznej presji zobaczenia wszystkiego, co ciekawe, czasami fajnie jest po prostu usiąść nad kanałem i poczuć klimat tego miejsca. Bez pośpiechu, bez nerwów, że coś nam umyka. ;)

Komunikacja miejska w Amsterdamie

Komunikacja miejska w Amsterdamie

Poruszanie się transportem publicznym po Amsterdamie jest sprawne, szybkie i wygodne. Wiadomo, że najtańszą i najbardziej praktyczną opcją jest zwiedzanie Amsterdamu rowerem. Nie znaczy to jednak, że z komunikacją miejską jest coś nie tak. Wystarczy tylko poznać kilka bardzo przydatnych informacji.

Po Amsterdamie możemy się poruszać za pomocą:


-tramwajów - najlepsze do poruszania się po centrum, jeżdżą głównymi ulicami w otoczeniu największych atrakcji turystycznych,
-autobusów (zwykłych i nocnych) - najlepszy dojazd do dalszych dzielnic miasta lub miejscowości ościennych,
-metra (głównie naziemne) - również świetna opcja dojazdu do dalszych dzielnic miasta,
-promów - darmowy transport, dzięki niemu możemy w kilka minut dostać się z Centraal Station na drugą stronę rzeki, gdzie znajdują się takie atrakcje jak A'dam Lookout,

3 pierwsze funkcjonują na co dzień w przedziale godzinowym od 6:00 rano do 00:30 w nocy. Autobusy nocne kursują od wymienionej wyżej 00:30 do 7:00 rano. 

Bilety


Komunikacja miejska w Amsterdamie

Podróż każdą z wyżej wymienionych opcji transportu publicznego (oprócz promów, które są darmowe) wymaga posiadania biletu. Jazda na gapę jest możliwa, ale nie należy do najłatwiejszych (i na pewno nie do opłacalnych, biorąc pod uwagę koszty mandatów) opcji. Do autobusów i tramwajów wsiada się zazwyczaj wejściem obok kierowcy i tam też znajduje się czytnik biletów (wysiadamy zazwyczaj podwójnymi drzwiami środkowymi/końcowymi). Wejście i wyjście z metra to bramki, które otwiera się za pomocą biletu. Na większości stacji w pobliżu ów bramek znajdują się pracownicy kontrolujący pasażerów. 


Bilety czasowe

Gdzie kupić: automaty GVB lub miejsca oznaczone jako GVB Tickets & Info.
Cena: 24 godziny -> 7.50, 48 godzin -> 12,50, 72 godziny -> 17.00...
Jak to działa: papierowy bilet wydrukowany z automatu GVB aktywujemy przykładając do czytnika zaraz po wejściu do wybranego przez nas środka transportu i od tego momentu zaczyna się jego ważność.
WAŻNE: Zawsze pamiętaj o zalogowaniu i wylogowaniu biletu przy wejściu i wyjściu. Jeśli tego nie zrobisz, straci on swoją ważność.

OV-chipkaart (anonimowa)


Komunikacja miejska w Amsterdamie
photo credit:http://ov-chipkaart-kopen.nl

Co to jest: elektroniczna karta na którą wpłacamy (za pomocą automatu) środki, które wykorzystujemy na przejazd.
Gdzie kupić: automaty GVB (z napisem OV) lub punkty Info
Cena: 7.50 
Jak to działa: cena za przejazd naliczana jest za kilometr podróży (niestety nie ma uniwersalnej stawki). Przykładowo podróż metrem z Amsterdam Centraal Station na Amsterdam Zuidoost (odległość ok. 10 kilometrów) to koszt ok. 2-3 euro. Posiadając tę kartę, możemy za pośrednictwem automatów aktywować na niej także wyżej wymienione bilety czasowe. Jest to bardzo opłacalna forma podróży dla osób, które zostają na trochę dłużej lub nie zamierzają podróżować transportem publicznym aż tyle, by wyposażać się w bilet okresowy. Z tej karty mogą korzystać różne osoby (ale nie jednocześnie!). 
Ważność karty: 4-5 lat

Wsiadając do autobusu/tramwaju/metra upewnij się, że na Twojej karcie znajdują się wolne środki. Musisz mieć cokolwiek na plusie, żeby móc jechać. Ewentualną minusową kwotę możesz wyrównać przy następnym ładowaniu karty. ZAWSZE przykładaj kartę do czytnika, zarówno przy wejściu, jak i wyjściu!

Spersonalizowana OV-chipkaart


photo credit: http://www.treinreiziger.nl

Opcja dla stałych mieszkańców (z tej karty może korzystać tylko jej właściciel). Za jej pomocą wykupuje się np. bilety miesięczne. Karta ta zawiera nasze dane i zdjęcie. Można ją połączyć ze swoim kontem bankowym (aby automatycznie ładowała określony bilet) lub po prostu regularnie kupować interesujący nas pakiet. W razie zguby/kradzieży możemy taką kartę zablokować. Ceny takich biletów są różne, w zależności od stref, w jakich się mamy zamiar poruszać. Wahają się w granicach 40-80 euro, czasami więcej, zależy co wybierzemy. Ważność: 5 lat.

Przycisk STOP 


Aby wysiąść na konkretnym przystanku autobusowym należy tuż po jego zapowiedzi (przez system) nacisnąć przycisk STOP. W innym wypadku kierowca nie zatrzyma się i pojedzie dalej. Natomiast, jeśli stoimy na przystanku i chcemy zatrzymać jadący autobus, wystarczy machnąć na niego ręką, tak by kierowca zdążył to zauważyć. Bez tego kierowca uzna, że nie jesteśmy zainteresowani tym konkretnym autobusem i pojedzie dalej. 

A może ktoś z Was był już w Amsterdamie? :)


Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?

 Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?


Kiedy przyjechałam po raz pierwszy do Amsterdamu, pierwszym co mnie spotkało był pewien dźwięk. Niezwykle głośny drażniący ucho dźwięk. Dzwonka od roweru. O ile w Polsce nie wywołałoby to na mnie szczególnego wrażenia, o tyle tutaj, gdy odwróciłam się za siebie, ujrzałam co najmniej dziesięciu zdenerwowanych moją obecnością na drodze rowerzystów.
Przez pierwsze wizyty w tym mieście liczba ludzi jeżdżących rowerami zdecydowanie mnie przerastała. Wręcz celowo unikałam tych ulic, w których jest ich zatrzęsienie (co nie było łatwe). Miałam wrażenie, że gdziekolwiek bym się nie zatrzymała, choćby popatrzeć na zapierające dech w piersiach widoki za dosłownie pół sekundy wyrywał mnie z letargu kolejny dzwonek, wykrzyczane „Let op!” albo po prostu zmierzający prosto na mnie rower z człowiekiem w gratisie.

Mimo tego, do wszystkiego można się przyzwyczaić, nie stresuje mnie już tak nieustanna obecność innych rowerzystów, a korzyści, jakie przynosi posiadanie roweru w tym mieście (zwłaszcza finansowe i czasowe) zdecydowanie zasługują na zniesienie tych początkowych niedogodności.

No to co z tym rowerem?


O tym, że na terenie Amsterdamu funkcjonują wypożyczalnie rowerów wspominać nie będę, ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie wypożyczałby roweru (mieszkając tutaj, dla turystów jest to świetna opcja), za który rozliczałby się co do godziny, ryzykując przy tym jego kradzież (co można potraktować jako chrzest w tym mieście, wystarczy spojrzeć na te wszystkie ważące tonę zabezpieczenia, którymi przymocowane są rowery).

Pierwszym i jednocześnie najlepszym miejscem jest Facebook, a dokładnie grupy dyskusyjne. Grupę, którą mogę polecić z całego serca i o której jeszcze nie raz wspomnę jest ISN Amsterdam Online Market. Możecie tutaj znaleźć dosłownie wszystko, a w tym wszystkim właśnie rower. A oto dowód:

Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?

Handel w tej grupie wygląda dokładnie tak samo, jak na jakiejkolwiek fejsbukowej giełdzie w polskich miastach. Piszecie wiadomość do wystawiającego, umawiacie się na obejrzenie/zakup w określonych (przez niego lub was) miejscach w Amsterdamie, a później odbieracie to, co wasze. Ceny rowerów są tutaj uzależnione od wielu czynników (tego, czy jest markowy, czy był kupiony w sklepie, czy jest rowerem z drugiej ręki, czy to rower damski, czy męski, czy posiada przerzutki lub hamulec itd.). Jeśli mowa o przerzutkach, nie są one AŻ tak koniecznie, ponieważ Holandia to kraj płaski jak naleśnik, więc nie ma tu mowy o wjeżdżaniu na górki i pagórki tak jak podczas wycieczek rowerowych w Polsce.

Drugie miejsce to holenderskie Allegro, czyli Marktplaats. Jedynym mankamentem tej strony jest właśnie fakt, iż jest ona w całości po holendersku. Jednak żyjemy w dobie internetu, mamy w zasięgu translator, tak więc i z takimi zakupami powinniśmy dać sobie radę. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę fiets (rower) lub tweedehands fiets (używany rower) i przeszukać obecne tam oferty. Oferty są tu licytowane, ale możecie czasami zastrzec pierwokup (jeśli wystawiający uzna, że chce wam coś sprzedać od razu). Kolejny podobny serwis to Speurders lub Marktnet. Oprócz tego możecie też udać się na stronę 2dehands.be, która działa bardzo podobnie z tym że jest serwisem belgijskim, więc to opcja dla tych z was, którzy przesiadują blisko granicy.

Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?


Kolejnym wyjściem jest udanie się do komisu rowerowego lub po prostu komisu, czyli Kringloop Winkels, w których oprócz rowerów możecie znaleźć wiele innych rzeczy "z drugiej ręki", które wbrew pozorom są utrzymane w bardzo dobrym stanie. Listę sklepów Kringloop znajdziecie pod tym adresem, przykładowo wyszukałam te obecne w Amsterdamie -> klik. 

Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?
photo credit:http://www.travelandlifestylediaries.com


Oczywiście możecie wybrać opcję zakupu całkowicie nowego roweru, jednak odradzałabym takie wydatki, chociażby za względu na potencjalną kradzież. Nowy rower to koszt kilkuset euro, poza tym przyciąga on znacznie bardziej wzrok na tle zdezelowanych hipsterskich retro holenderek, którymi poruszają się na co dzień mieszkańcy Amsterdamu. No, chyba że nie planujecie go nigdzie zostawiać, wtedy śmiało możecie wydać większą kwotę, jeśli odczuwacie takową potrzebę.

Niezbędne akcesoria rowerowe


Gdzie kupić (tanio) rower w Amsterdamie?

Wszelkie akcesoria dostaniecie w sklepach takich jak: Zeeman, Blokker, Xenos, Action. 

-lampy - obowiązkowo, za brak oświetlenia po zmroku możecie dostać mandat (ok. 50 euro), nie jest to duży wydatek, możecie je kupić za mniej niż 5 euro.
-zamek - Holendrzy bardzo często używają czegoś w rodzaju blokady na koło, jednak nie należy to ani do tanich rzeczy, ani do łatwych w montażu, dlatego, jeśli nie wydałeś kilku stówek na swój środek transportu, możesz spokojnie zainwestować w gruby, ciężki łańcuch, którym przymocujesz rower do stojaka/mostu/czegokolwiek. Zapomnij o popularnych w Polsce kolorowych linkach, to żadna ochrona.
-dzwonek - obowiązkowo (!), nie bój się go używać, ułatwisz tym życie sobie, jak i pieszym.
-koszyk, torba na koło lub bagażnik - o przydatności tych elementów chyba nie muszę wspominać, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi poruszanie się po mieście/dojeżdżanie do pracy/szkoły itd.

Co sądzicie o popularności rowerów w Amsterdamie? 


Jak to jest z tym ziołem?


Nie oszukujmy się. Choćby nie wiem jak starano się to zmienić, wciąż wielu jako jedyną atrakcję w Holandii widzi palenie na legalu. Porozmawiajmy zatem o słynnym 420.

Mimo swojej legalności marihuana w Holandii jest wciąż traktowana jako narkotyk, dokładnie rekreacyjny. Tak więc istniejąca na terenie państwa polityka narkotykowa obejmuje także miękkie narkotyki.

4 główne cele holenderskiej polityki antynarkotykowej


-zapobieganie używaniu narkotyków rekreacyjnych oraz leczenie uzależnień z nimi związanych,
-zmniejszenie szkody dla użytkowników narkotyków rekreacyjnych,
-zwalczanie produkcji i handlu narkotykami rekreacyjnymi,
-zadbanie o to, by palacze nie stanowili uciążliwości dla społeczeństwa (zakłócanie porządku publicznego i bezpieczeństwa w sąsiedztwie).*

*tzn. są miejsca w Holandii, w których palić nie wolno -> bary, restauracje, kluby nocne, (niektóre lokale na to zezwalają, poznasz to po szyldach "smoking & drinking inside").
Naturalnie, palenie w hotelach, hostelach, a nawet na balkonach bloków mieszkalnych też znajduje się na tej liście.

Czy zatem palenie na ulicy jest legalne?


Tak, jednak nie jest zachowaniem pożądanym. Spodziewaj się zatem tego, że ktoś może (a nawet całkiem pewne, że tak będzie) zwrócić Ci uwagę. Policjanci nie ukarzą Cię w żaden sposób, ale na 100% upomną. Sytuacja w parkach wygląda podobnie. Po prostu szanuj innych, nie wszyscy chcą spędzać czas na łonie natury tonąc w dymie. 

Kupno, sprzedaż, coffeshopy



Niderlandzkie podejście do marihuany to przeciwieństwo restrykcyjnego zakazu spożywania. Ich sposób na radzenie sobie z palaczami to m.in. zapewnienie bezpiecznego środowiska dla obu stron (palących i niepalących). Według holenderskiego prawa sprzedaż jest nielegalna, ale nie podlegająca karze. Prawo do tego procederu mają tylko coffeshopy, jeśli spełniają określone warunki:

-nie reklamują się,
-nie sprzedają w lokalu twardych narkotyków (są one całkowicie nielegalne),
-nie sprzedają towaru osobom poniżej 18 roku życia (bardzo przestrzegana zasada, wylegitymowanie w coffiku to standard),
-nie sprzedają większej ilości niż 5 gram dziennie na jedną osobę (chroni to przed hurtowymi zakupami w celu eksportu),
-nie zakłócają porządku publicznego (czyt. kontrolują zachowanie swoich klientów).

Jak kupić, jakie są ceny, skąd wziąć sprzęt?



Pójść do coffeshopu, pokazać dowód i poprosić o menu. Tak jak napisałam wyżej coffeshopy obejmuje zakaz reklamy, więc nie zobaczycie (raczej) wywieszonych na szybach lokalu rozpisek "co, gdzie, za ile". Jeśli jesteście totalnie zieloni (hehe) możecie poprosić sprzedawcę o radę. Wyjaśnijcie wtedy dokładnie, czego oczekujecie (czy chcecie się zrelaksować, pobudzić, szybciej zasnąć itp.), żebyście byli w pełni zadowoleni. Możecie także poprosić o powąchanie interesującej was odmiany. 


Ceny są różne, (tak jak to bywa z barami i alkoholem), ale zazwyczaj wahają się w granicach 7-12 euro za gram (renomowane lokale (np. Bulldog) mogą żądać wyższych cen). W większości przypadków, im gram jest droższy tym mocniejszy cannabis. Dla nieświadomych, gram zioła to całkiem mała ilość (haszysz jest jeszcze mniejszy), ale jeśli nie jesteś wprawionym palaczem, gram powinien Ci wystarczyć nawet na kilka razy. 

Bletki, owijki, lufki, młynki, filtry, cokolwiek tylko sobie zażyczysz możesz kupić między innymi w tzw. suwenirach, czyli sklepach z pamiątkami (a tak naprawdę sklepach ze wszystkim). W niektórych coffeshopach możesz dostać darmowe bibułki albo po prostu skorzystać z uprzejmości pozostałych klientów.

Co poza paleniem można robić/dostać w coffeshopie?


Przede wszystkim, jak sama nazwa wskazuje - kawę. Ale także marihuanininowe brownies, ciasteczka (tzw. space cookies), herbaty, soki, batoniki itd. Natomiast, to czego nie kupisz w coffeshopie to alkohol. Jest to uregulowane prawem, które ogranicza spożywanie marihuany i alkoholu jednocześnie.
Poza tym, coffeshopy mają zazwyczaj za zadanie "robić klimat", więc możecie tam słuchać dobrej muzyki, rozsiąść się wygodnie na kanapie czy fotelu albo pobujać na huśtawce, jak w Resinie: 



Ciekawostka na koniec, czyli Wietpas - weed pass 



Każda gmina w Holandii ma swoje własne zasady, jeśli chodzi o palenie. Są miejsca na mapie, w których obowiązuje zakaz wstępu do coffeshopów dla turystów. Prawo to obowiązuje m.in. na terenach Zelandii, Brabancji Północnej i Limburgii. Wietpas to przepustka, taki karnet na palenie dla Holendrów. Co ciekawe, prawo to planowo miało obowiązywać cały kraj, jednak po wprowadzeniu tych regulacji w południowej części Holandii odnotowano przyrost dilerki i spadek turystyki, dlatego też zbuntowana północ (w tym naturalnie Amsterdam), póki co znajduje się poza tym prawem. Jednakże coraz rzadziej wydaje się licencje na otwieranie nowych coffeshopów, a coraz częściej zamyka się te już działające.


A może byłeś już w Holandii i zdążyłeś zapalić swojego pierwszego (legalnego) jointa? ;)



Sposób na ćwiczenie wdzięczności


O samym ćwiczeniu wdzięczności pewnie zdarzyło się już wam gdzieś przeczytać. Ilu ludzi, tyle sposobów na jego wykonywanie. Przedstawię wam zatem pokrótce sposób, który przypadł mi najbardziej do gustu i wymienię kilka istotnych zalet, które powinny was zachęcić do chociażby spróbowania (jednak do niczego nie zmuszam). W dzisiejszych czasach żyjemy na tak wysokich obrotach, że dziwię się, że patrząc w lustro, nie widzę jeszcze przypakowanego od biegania w kółku chomika.

Jeśli po przeczytaniu tytułu tego tekstu stwierdziłeś/łaś, że usiłuję wcisnąć Ci jakieś filozoficzno-religijne badziewie, przejdź może od razu do zalet tego ćwiczenia. Podkreślę, choć nie muszę wcale tego robić, że jestem osobą niewierzącą, a jedyna filozofia, jaką można powiedzieć, że wyznaję to moja własna, która jest takim miszmaszem wszystkiego, co mnie zainspiruje. Dlatego, jeśli czujesz, że za chwilę każę Ci klękać przed wizerunkiem jakiegoś bożka, to właśnie rozwiewam Twoje wątpliwości.

Ćwiczenie wdzięczności jest czymś, co napotkałam, gdzieś tam kiedyś tam, próbując nauczyć się medytacji. Ostatnimi czasy przeżywam bardzo stresujący okres, który ciągnie się za mną już dobrych kilka miesięcy. Chcąc powstrzymać się od całkowitego wariactwa, zaczęłam szukać idealnego rozwiązania na uzyskanie wewnętrznego spokoju. O medytacji napiszę osobny tekst, bo to też bardzo interesująca (i źle postrzegana na ogół) kwestia, która wniosła do mojego życia dużo dobrego.

Takim oto sposobem, przeszukując książki, aplikacje, blogi, teksty i inne źródła informacji zebrałam swoich ulubieńców, dzięki którym doceniam jeszcze więcej niż dotychczas.



Jak ćwiczyć?


Od siebie polecam założyć zeszyt, w którym będziemy zapisywać to, za co danego dnia jesteśmy wdzięczni. Jest to całkiem fajna alternatywa dla standardowego dziennika, a z biegiem czasu staje się niezwykle pożyteczna. Gdy masz gorszy dzień, brakuje Ci motywacji lub po prostu czujesz się źle, wracanie do tego, co zapisałeś/łaś w tym zeszycie może pomóc odzyskać Ci równowagę. Żyjąc w pośpiechu, stresie, natłoku obowiązków zdarza nam się czasami zapominać o takich „banałach” jak to, że być może wiedziemy życie, za jakie zabiłyby się miliony.
Kiedy masz już zeszyt (ja jestem straszną perfekcjonistką, dlatego wybrałam taki, którego okładka napawa mnie pozytywnymi emocjami i zachęca do zapisywania w nim myśli) zapisz sobie przydatne rubryki, które każdego dnia staraj się skrupulatnie wypełniać.





Za co i dlaczego jesteś dzisiaj wdzięczny?


Przykładowo, moją najczęstszą odpowiedzią jest wdzięczność za dach nad głową, bo nie wszyscy mają taką możliwość. A także dzień bez kłopotów ze zdrowiem, bo każde 24 godziny bez grama bólu jest dla mnie niezwykłe, a jednak często lekceważone. 


Co mogłoby być gorzej?


Zastanowienie się nad tym, jak bardzo Twoje życie mogłoby być gorsze, obudzi w Tobie przede wszystkim sporą dawkę pokory. Zmniejszy także nieco Twoje oczekiwania wobec samego siebie, które zazwyczaj są głównym źródłem stresu. Przykład: Muszę napisać pracę dyplomową do której nie mam za grosz motywacji (so true), ALE równie dobrze mogłabym nie mieć możliwości studiowania. 

W tej części warto też docenić drobne zmiany, które wprowadziliśmy do życia, a zapominamy o nich na co dzień. Osobiście, największą porażką byłoby dla mnie zawinąć manatki i wrócić do rodzinnego miasta (nie uderzając w tych, których to uczucie nie spotyka), dlatego też staram się doceniać fakt, że mam możliwość życia gdzie indziej. 

Jestem wdzięczny za (...)


W tej części wybierz jedną osobę, za której istnienie w Twoim życiu jesteś wdzięczny/a. Może to być ktoś bliski, ale może też to być zupełnie nieznajoma osoba, która swoim uśmiechem poprawiła Ci humor. Jeśli to ktoś kogo znasz, wypisz kilka jego/jej cech, które Ci imponują. W tym ćwiczeniu ważne jest docenienie tego, że wbrew pozorom nigdy nie jesteśmy sami i warto doceniać każdego, kto chce być w naszym życiu.

3 pozytywne rzeczy


Dzięki temu ćwiczeniu nauczysz się skupiać uwagę na pozytywnych aspektach swojego życia. Z czasem zauważysz, że jesteś znacznie bardziej świadomy/a tego co dobre, a coraz mniej będziesz dołować się niedociągnięciami. Może to być pokonanie przeziębienia, może to być zjedzenie smacznego obiadu. Cokolwiek, co sprawiło, że się danego dnia uśmiechnąłeś/ęłaś. Pozytywne myślenie ma bardzo dużo psychologicznych korzyści. (Korzyści z bycia optymistą)

Sposobów na okazywanie wdzięczności jest znacznie więcej. Z powodu małego deficytu wolnego czasu te, które opracowałam są wygodne dla kogoś, kto nie ma po prostu kiedy siedzieć i tłuc wypracowania. Nie masz nic do stracenia, a możesz zyskać naprawdę wiele. Olej chwilowy sceptycyzm i załóż własny zeszyt wdzięczności. A może już taki posiadasz? ;) 

Jak radzić sobie z chorobą?


Może się wydawać, że nie jestem najlepszym przykładem radzenia sobie z problemami, ale istnieją pewne aspekty mojego życia, które widzę inaczej od kiedy zachorowałam. Są też rzeczy, które chciałabym widzieć, tak jak je widzieć powinnam i mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi coś się odmieni.

Na przełomie stycznia i lutego dowiedziałam się o dosyć nieprzyjemnej sprawie. Właściwie wiedziałam o niej od dawna, bo powodowała niemiłosierny ból, ale mniej więcej w tym czasie wszystko, włącznie z tym bólem dostało swoje imię. Okazało się, że pewna część mojego ciała przestała funkcjonować tak jak powinna, a co za tym idzie nad głową powieszono mi szyld z napisem „operacja". Muszę przyznać, że jako ktoś, kto jest urodzoną niezdarą słowo „operacja” nie robi na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Ba, jedną nawet przeżyłam jakoś, więc w czym miałby być problem. Cóż, jak to z operacjami bywa, ta wiązałaby się z szeregiem powikłań, na których samą myśl budzi się we mnie to samo odczucie, co gdy czytam skutki uboczne na ulotce pozornie bezpiecznego, dajmy na to paracetamolu. Gdy pojawiła się chociaż jedna, mała opcja, że uda się z tej sytuacji wyjść z tarczą, postanowiłam zrobić wszystko, co w mojej mocy. Stosowałam się do zaleceń lekarza, a muszę przyznać, że zmiana mojego trybu życia doskwierała mi najmocniej. Miałam w pewnym momencie wrażenie, że rośnie mi zakaz za zakazem. Zakaz gorących kąpieli. Zakaz przebywania za długo w wodzie. Zakaz noszenia konkretnych ubrań. Zakaz siedzenia w konkretny sposób. Zakaz jedzenia konkretnych rzeczy (notabene, tych top 10 na liście moich smakołyków). W prawie każdym aspekcie mojego życia pojawiło się ALE, które dawało mi do zrozumienia, że możliwe, że już nigdy nie zjem obiadu z takim samym spokojem jak dawniej. Ponieważ nic w moim życiu jeszcze nie przyszło mi łatwo, niedługo po rozpoczęciu leczenia mój organizm zaczął odrzucać lekarstwa. Pojawiły się ów skutki uboczne, a były one na tyle uciążliwe, że odbierały mi możliwość normalnego funkcjonowania. Serio, siedzenie na kilku godzinach wykładów z myślą, że masz ochotę zwymiotować, zemdleć i rozpłakać się jednocześnie potrafi być męczące. Ból pojawiał się na każdym kroku. Dosłownie i w przenośni. Nie mogłam sobie już nawet przypomnieć, jak to było, gdy mnie nic nie bolało. Miałam problemy ze spaniem, miałam problemy z jedzeniem, zaczęły się moje problemy z głową. Znacie to powiedzenie, skoro boli to znaczy, że żyjesz? Cóż, ja chciałam, tylko żeby przestało.
Na całe szczęście po przewertowaniu kilku książek, setek stron internetowych i wszystkiego, co wpadło mi w rękę udało mi się skompletować zarówno dietę, jak i serię przyzwyczajeń, które po wdrożeniu w życie dawały całkiem dobre efekty. Tu chciałabym jeszcze raz wyśmiać sytuację, gdy pokusiłam się na zbiorową degustację zblendowanych warzyw i owoców z połową opakowania kurkumy. ;)
Wszystko powoli się układało, chociaż kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń. Gdy nadszedł dzień sądnej wizyty u lekarza, byłam święcie przekonana, że lada moment stracę przytomność w poczekalni. Jedyne co mnie chyba powstrzymywało to myśl: "Asia, jak zemdlejesz, to się nie dowiesz czy wszystko dobrze". Więc nie zemdlałam, dałam się zbadać i wyszłam ze łzami. Szczęścia. Obdzwoniłam najważniejsze mi osoby i poinformowałam je, że wszystko wróciło do normy. Jestem znowu sobą. Wróciłam. Olałam wtedy w myślach słowa lekarza, że to nie zniknęło na amen. To będzie wracać. Może wrócić naprawdę szybko. Że muszę dalej żyć, tak jak żyłam. Że muszę się tych wszystkich przyjemności wyrzec raz na zawsze. Bo tak będzie łatwiej, bo tylko tak poradzę sobie z tym w głowie. I tak jak zostało mi zapowiedziane, choroba nie odeszła na zawsze. Do tej pory zmagam się z mniejszym lub większym bólem. Dietę trzymam na tyle ile mogę. Jedzenie rzeczy, które nie sprawiają mi żadnej przyjemności, potrafi być na dłuższą metę mocno uciążliwe. Wiem, że są pewne rzeczy, których już nigdy nie będę mogła robić. Są też rzeczy, których BYĆ MOŻE nie będę mogła nigdy mieć. To potrafi rozwalić nawet najcięższą psychikę.

Jedyne co mi pomaga radzić sobie jakoś z tym wszystkim to wsparcie. Świadomość, że prawie zawsze jest ktoś obok mnie, kto dotrzyma mi towarzystwa w tych gorszych dniach. Przechodzenie przez ciężkie okresy w życiu samotnie nie doprowadzi do niczego dobrego. Wiem, co mówię.
Leczenie zaczyna się w głowie. Jeśli nie poukładasz sobie pewnych rzeczy, żadne tabletki, żadne diety, żadne wyrzeczenia nie pomogą. Musisz wierzyć, że będzie dobrze. Nawet jeśli teraz nie jest, nawet jeśli wydaje Ci się, że ból nigdy nie odejdzie, musisz wierzyć, że kiedyś obudzisz się i wszystko będzie w porządku. A nawet jeśli coś nadal będzie boleć to nauczysz się z tym bólem żyć. Zaczniesz go ignorować, skupiać się na tych lepszych rzeczach, które dzieją się dookoła. Pamiętaj, że nie jesteś sam ze swoją dolegliwością. Zawsze jest ktoś, kto przechodził przez podobne rzeczy. Zawsze jest też ktoś, kto cierpi bardziej, a i tak znajduje siłę i odwagę na walkę. Nigdy nie jesteś sam.

O swojej chorobie nie chciałam mówić za dużo. Wiedziało o tym parę osób. Podobno, nawet nie było tego jakoś specjalnie po mnie widać. Zabawne, jaką moc ma psychika, bo tak naprawdę, jeśli komuś umknęło, że coś jest ze mną nie tak, to tylko i wyłącznie dzięki temu, co miałam w głowie, kiedy wychodziłam do ludzi. Kiedy coś Cię boli, czujesz to tylko Ty. Tylko Ty jesteś w stanie określić, jak źle się czujesz i jak bardzo coś zakłóca Ci codzienny porządek. Mówienie o tym jest okej, jeśli istnieje możliwość zagrożenia Twojemu życiu i lepiej, żeby ktoś wiedział, co robić, gdy coś pójdzie nie tak. Poza tym? Mało kogo to tak naprawdę obchodzi. To dosyć brutalne, ale jak najbardziej prawdziwe. Pomyśl o tym w ten sposób. Kiedy masz kaca, rozsadza Ci głowę, Twój żołądek zalicza kolejną turbulencję a na samą myśl o normalnym funkcjonowaniu masz ochotę zaszyć się pod kołdrą, jak się czujesz? Czujesz się źle. I większość Twoich myśli skupia się na tym, że jest Ci źle. A teraz pomyśl jak się czujesz, gdy ktoś w Twoim otoczeniu przeżywa to samo? Kiedy ktoś mówi Ci 'ale mam kaca' to pierwszą Twoją myślą jest rzucanie się tej osobie na ratunek? Nie. Bo masz swoje problemy. Swoje rzeczy na głowie. Może Ciebie też coś boli, ale o tym nie mówisz. Możesz jedynie tej osobie współczuć. Albo użyczyć wody z aspiryną. Nic więcej. To samo tyczy się każdej innej formy bólu. Kiedy mnie rozsadzało od środka, inni ludzie dookoła mnie żyli swoim życiem. Być może któreś z nich również odczuwało jakiś ból, a być może przeżywali najlepsze chwile swojego życia. To nieistotne, bo to, co ja czułam było ważne tylko dla mnie.

Kiedy zaczęłam mówić ludziom o swojej dolegliwości, spotykałam się z czymś, co dobija chyba każdego chorego człowieka. Niekończącą się litością. Nie mówię tu o współczuciu. Litością. „Ojej, jaka Ty biedna". „Ojej, dobrze, że tak nie mam". „Ojej, może odpuść sobie ten dodatkowy projekt, co?” To absolutnie w niczym nie pomaga. Wręcz sprawia, że rzeczy stają się jeszcze gorsze. Wszystko, co zrobiłam dodatkowo podczas najgorszych dni swojej choroby, sprawiało, że radziłam sobie z nią lepiej niż gdybym leżała i „odpoczywała" gapiąc się w sufit. Każda notatka sporządzona na wykładzie, każda prezentacja szykowana na projekt społeczny, każde wyjście z domu ze znajomymi sprawiało, że na ten krótki moment zapominałam o tym, że coś mi dolega. Robiłam swoje, miałam swój cel i do niego dążyłam. A ból? Ból nie bierze się znikąd. Bierze się z Twojej głowy. Więc jeśli zajmiesz sobie czymś myśli, zajmiesz jednocześnie czymś ból.

Ostatnia i najważniejsza rzecz. Nie bądź zbyt ostry dla siebie. Nie oceniaj. Nie krytykuj. Nie wmawiaj sobie, że to, co Ci się przydarzyło to na pewno Twoja wina. Nie doszukuj się w tym wszystkim drugiego dna. Jesteś chory. Zdarza się. Ważne, żebyś chciał i próbował z tym żyć. Ja oceniałam się nieustannie. Widziałam w sobie same najgorsze rzeczy. Plułam sobie w twarz jadem, którym nie obdarowałabym nawet największego wroga. Nienawidziłam siebie. Nienawidziłam swojego ciała. Czułam, że jestem złym człowiekiem, dlatego dzieje się tak, a nie inaczej. Do momentu aż ktoś mnie zrozumiał. Ktoś po raz pierwszy, od kiedy zaczęłam mówić na głos o tym, co mi jest nie pogłaskał mnie po głowie i nie powiedział, że wszystko się ułoży. Ktoś, kto pokazał mi, że naprawdę się polepszy, wystarczy, że będę tego mocno chciała. Martwił się razem ze mną, ale mnie tym nie dobijał. Trzymał za rękę, gdy ból nie ustawał. Gonił do lekarza, gdy była tylko taka potrzeba. A co najważniejsze pozwalał mi normalnie funkcjonować. Żyć tak jakbym była zdrowa. Odciągać moje myśli od tego, jak bardzo jest źle. I właśnie takiego kogoś życzę Ci na Twojej drodze. Kogoś, kto być może nawet nie do końca świadomie wyciągnie Cię z tego dołka, w który sam się wpakowałeś.