Moja pierwsza praca w Amsterdamie

6/03/2017 Joanna Sz. 8 Comments


Dzisiejszy tekst to taka trochę prywata. Uznałam, że warto przełamać poradnikowy charakter bloga i umieścić od czasu do czasu tutaj coś innego, luźniejszego. Dlatego też opowiem wam trochę o tym, co łączy moją osobę z Amsterdamem i jaka była moja pierwsza praca.

Pierwszy raz Holandię odwiedziłam w 2011 roku. Wszystko za sprawą tego, że w tymże kraju wylądowała moja starsza siostra. Przyznam, że na starcie się trochę zachłysnęłam tą odmiennością i niewiele pamiętam z tamtego zwiedzania. 

Potem już tak jakoś wyszło, że czy to wakacje, czy ferie, czy święta spędzałam w mniejszej lub większej części właśnie w Amsterdamie. Po maturze zdecydowałam, że wyjadę po raz pierwszy do pracy i zostanę na dłużej niż kilka tygodni. I to był ten przełomowy moment, w którym w mojej głowie zaczęła pojawiać się wizja wyprowadzki. Jednak przede mną były studia, doświadczenie, którego nie chciałam sobie odmawiać i uznałam, że na Holandię przyjdzie jeszcze czas. 

I takim oto sposobem, z każdymi kolejnymi wakacjami spędzonymi w Amsterdamie coraz bardziej przybliżałam się do planu, którego realizacja w końcu stała się możliwa ze względu na fakt, że w tym miesiącu kończę studia. :)

Długo się wstrzymywałam z jakimkolwiek sygnalizowaniem, że mój wyjazd nie będzie wyjazdem identycznym z tymi z poprzednich lat. Powodem tego są najpewniej ludzie. Wiecie jak to jest, mała niecierpliwość burzy wielkie plany. Kiedy przed studiami wróciłam z pracy w Holandii, spora część moich znajomych brała moje opowieści za bajki. Serio. Pośród Polaków utarła się mentalność, że praca za granicą nie może być przyjemna czy rozwijająca, a kraj opuszcza się po to, żeby tyrać za dwóch, odkładać każdego centa, a potem żyć jak panisko po powrocie. I to nie jest nawet jakaś nadzwyczajna generalizacja, takich przykładów można mnożyć i mnożyć, wyjątków jest niewiele. Często zatem słyszałam, że pewnie załatwiłam pracę po znajomości, albo, że niekoniecznie uczciwie wkupiłam się w łaski pracodawcy. Mało kto chciał mi tak naprawdę uwierzyć w to, że znalezienie innej pracy niż 100% fizyczna jest możliwe. Potem pojawiały się standardowe zwroty typu „po prostu miałaś farta” czy „masz łatwiej, bo w Holandii mieszka Twoja siostra". Fart nie ma tutaj niestety nic do rzeczy. O pracę trzeba się STARAĆ. Nic samo nie przychodzi. A co do drugiej kwestii, jasne, było mi łatwiej, chociażby z zakwaterowaniem, bo miałam do kogo pojechać, ale na tym tak naprawdę łatwość się skończyła. Siostra poradziła mi to, co każdy może wam poradzić, kiedy po raz pierwszy szukacie pracy. Czyli, roznoś CV, pisz mejle, czytaj ogłoszenia.

Moja pierwsza praca polegała na przygotowaniu i sprzedaży gofrów i naleśników. Oprócz tego w grę wchodziły standardowe obowiązki sprzedawcy, czyli dbanie o porządek w miejscu pracy, otwieranie i zamykanie sklepu, odbieranie dostaw, rozliczanie się z zysku i tak dalej. Doświadczenie miałam zerowe, nigdy w życiu nigdzie nie pracowałam, poza jakimiś dorywczymi pierdółkami. Moim jedynym atutem był wiek (ze względu na stawkę wiekową, która była korzystna dla pracodawcy) oraz znajomość języka angielskiego. I to tak naprawdę wystarczyło, żeby zagwarantować mi dzień próbny, który zakończył się podpisaniem umowy. Czy praca, którą wykonywałam była łatwa? Ani trochę. Wiem, że w porównaniu do fizycznego zapieprzania... Jednak zdania nie zmienię, praca sprzedawcy, gdziekolwiek by to nie było, nie należy do łatwych.

Po pierwsze klienci potrafią być niesamowitą udręką. Zdarzały mi się przypadki, gdy podczas większego ruchu grupa turystów ukradła słoiczek z napiwkami, gdy kobieta zamówiła gofra i nie próbując, wyrzuciła go prosto do kosza, gdy Polacy stawali przed ladą i myśląc, że ich nie rozumiem, komentowali w wulgarny sposób moją osobę, gdy do sklepu przychodzili kompletnie zjarani ludzie, którzy nie byli w stanie złożyć zamówienia, gdy obrażano mnie ze względu na brak znajomości języka niderlandzkiego... i mogłabym tak do jutra. Po drugie, na moich barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. W całym swoim życiu nie miałam do czynienia z taką ilością pieniędzy, jaką było mi dane liczyć i chować do sejfu, jakakolwiek pomyłka wskazywałaby na to, że postanowiłam sobie coś z tej sumki uszczknąć. Miałam 19 lat, byłam tak naprawdę gówniarą, którą pilnowanie cudzego dobytku niemożliwie stresowało. Do tego, z racji, że był to sklep z żywnością, musiałam bardzo skrupulatnie dbać o czystość każdego zakamarka, ponieważ w Holandii, kraju stojącym na wodzie, bardzo łatwo o gryzonie. Kończyło się to tym, że po zamknięciu spędzałam ponad godzinę na porządkach. Zamykanie sklepu, który znajdował się tuż przy turystycznych atrakcjach, o godzinie 23, sama w tłumie ludzi, z kluczami w ręku też nie należało do lajtowych sytuacji. Tak samo, jak wracanie o tej godzinie komunikacją miejską, najczęściej ostatnim metrem/autobusem, które są oblegane przez imprezowiczów. Jednak mimo tych wszystkich stresujących sytuacji, pracę wspominam bardzo dobrze. Zarabiałam nieźle, miałam nieustanny kontakt z ludźmi (co jest dla mnie ogromnym atutem) i poznałam dużo fajnych osób, a do tego nauczyłam się robić świetne naleśniki, które później służyły mi jako darmowe śniadania. ;)

Jak widać, wszystko jest osiągalne, jeśli się bardzo mocno czegoś chce. Ja bardzo chciałam pracować bez pośredników, na „swoich” warunkach i w centrum Amsterdamu. Gdybym nie wracała na studia, najpewniej bym została w tej pracy na dłużej. Teraz mam cichą nadzieję, że znów uda mi się znaleźć coś równie znośnego i opłacalnego, żeby pozytywnie zacząć swoją kolejną przygodę z tym miastem.
Tymczasem, zabieram się za ostatnie formalności związane z uczelnią, przygotowania do obrony i przedwyjazdowe zakupy, o których opowiem więcej w poście o tym, co zabrać ze sobą na wyjazd do Holandii.


8 komentarzy:

  1. Zacznę od tego, że się znamy, ale z własnej woli nie powiem skąd. Mieliśmy także okazję o Holandii rozmawiać, o Twojej pracy również. I wiesz co Ci powiem? Masz cholerną rację. W mojej głowie siedziało "ta jasne" znacznie częściej niż mogłoby się wydawać. I nie oszukujmy się, oceniłem Cię z góry. Fajnie, że o tym piszesz, fajnie, że nie dajesz ludziom włazić na głowę. Pamiętam jak na tym spotkaniu mówiłaś, że ludzie wypominają Ci to, że opowiadasz o holandii. Fajnie, że nie dałaś się zgiąć tym pajacom i robisz swoje. Trzymaj się koleżanko i miej tam gdzieś na uwadze, że ludzie tak mysla, bo zazdroszcza. Przyznaje chowajac chonor do kieszeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, przyznam, że dałeś mi zagwozdkę z kim mam przyjemność. No ale, trudno, nie wnikam. :) Miło z Twojej strony, że o tym mówisz i cieszę się, że mimo mojej upierdliwości, gdzieś tam pozytywnie zapadłam w pamięć. Trzymaj się również.

      Usuń
  2. Ja z chęcią bym wyjechała zagranicę ale niestety nie znam języka ani nie mam doświadczenia a dodatkowo jeszcze jestem strasznie strachliwa wiec odpada ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do odważnych świat należy. Lepiej zaryzykować niż żałować :) Bez języka i doświadczenia też można znaleźć pracę.

      Usuń
  3. Masz racje, jak się czegoś bardzo chce to trzeba się o to starać ;) tez miałam zamiar wyjechać do pracy za granice ale jakoś tylko na planach zostało

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam w Holandii, ale nie chciałam tam pracować.
    Udało mi się w Anglii i zasmakowałam tego życia na emigracji.
    Ale ten właśnie czas z dala od domu był najlepszy w moim życiu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć, bardzo się cieszę, że odnalazłam w końcu blog osoby w moim wieku, która również mieszka w Holandii, a w dodatku podobnie jak ja studiowała dziennikarstwo.
    Czytając ten post widzę dokładnie siebie i moje początki w kraju tulipanów.
    Podobnie jak Ty przyjechałam w 2011 roku do pracy w okresie wakacji i od razu postanowiłam sobie, że po studiach tu wrócę.
    Nie interesowali mnie pośrednicy i traktowanie mnie jak imigranta zarobkowego, dlatego tak jak Ty szukałam pracy na własną rękę, były przy tym liczne wzloty i upadki, ale jednak się nie poddałam i zaowocowało to pracą, z której mogę być dumna.
    Pozdrowionka i dołączam do stałych czytelników!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za Twój komentarz. Cieszę się, że takich ludzi jest więcej. :)

      Usuń