Początki w Holandii

7/06/2017 Joanna Sz. 0 Comments

Jak wiecie bądź nie wiecie (to już wiecie) 24 czerwca spakowałam manatki i wyruszyłam w drogę do Amsterdamu. I mimo tego, że nie była to moja pierwsza podróż w te strony, los postanowił nie oszczędzać mojej osoby i zafundował mi gros niespodzianek. Kaskada problemów, jeden rozwiązany, drugi już nadchodzi. Teraz mogę się już z tego śmiać, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Ale od początku.


Zacznijmy od tego, że przed wyjazdem sporządziłam perfekcyjny plan. Zaliczenia, obrona, wyjazd. W międzyczasie założenie konta walutowego, by dla bezpieczeństwa zasilić je gotówką, której straszliwie nie chciałam wieźć w portfelu. Niestety, katolickie święta wybiły wszystkie państwowe instytucje z rytmu (z bankiem i pocztą na czele), co skutkowało tym, że zestresowana na maksa tłukłam się kilkanaście godzin z całym dobytkiem w torebce. No ale, nadszedł TEN dzień, więc trzeba było odłożyć na bok „drobnostki” i skupić się na reszcie planu. Sobotnim rankiem (aka środek nocy czwarta rano) wyruszyliśmy na pociąg do Wrocławia, a właściwie Poznania z przesiadką. Pierwszy problem, jaki stanął na naszej drodze — przemilczę. Powiem tylko tyle — mało brakowało, a granicę przekraczałabym sama, na szczęście chwała przesyłkom konduktorskim (i ich nadawcom). Po godzinach stresu, wałęsania się po Wrocławiu przyszła pora na poszukiwanie dworca autobusowego. Halo, Wrocław, naprawcie te oznaczenia, bo dotarcie w to miejsce graniczy prawie z cudem. Padnięci jak muchy o 21:30 usadowiliśmy się w swoich idealnych przednioautokarowych siedzeniach i ruszyliśmy w trasę. W godzinach porannych ledwo żywi wytargaliśmy swoje graty z bagażnika i krokiem zombie skierowaliśmy się w stronę metra. Z biletami w dłoni wleźliśmy do windy (dodam, że te ważące tonę walizki tachaliśmy kilkukrotnie po schodach z powodu własnego gapiostwa i ominięcia ruchomych schodów na dworcach). Metro, kierunek Centraal Station. Udało się - jedziemy.


Godzina 14. Zbieramy się na kolejne metro w kierunku mieszkania wynajętego przez Airbnb. Po drodze wstępujemy do supermarketu, wybieramy właśnie produkty na śniadanko, gdy rozlega się dzwonek mojego telefonu. Okazuje się, że nasz host nie może nas przenocować, ale może zagwarantować nam pokój zastępczy. Kierujemy się więc w stronę mieszkania numer 2, trochę błądząc, trochę klnąc pod nosem, trochę nie wiedząc, czego możemy się spodziewać. Równie dobrze ten ktoś mógłby nas wyrzucić na bruk w środku nocy, koniec końców nie ma wobec nas żadnych zobowiązań. Na szczęście nasz nowy host okazał się w porządku, jednak wciąż pozostawała kwestia potwierdzenia rezerwacji w serwisie. W tym miejscu ogromny ukłon dla supportu Airbnb, ponieważ jak się później okazało, nasz początkowy host złamał regulamin, a więc przysługiwał nam full refund. Uwierzcie, po tych wszystkich zdarzeniach, do których zaraz przejdę ta informacja była nawet nie iskierką, a ogniskiem nadziei.

Przyjeżdżając do Amsterdamu mieliśmy ścisły plan. Szukamy pokoju na miesiąc, potem pracy, a potem wprowadzamy się do mieszkania, które załatwiliśmy jeszcze przed wyjazdem (ale musimy na nie poczekać do 1 sierpnia). Niestety poszukiwania, a raczej oczekiwania wynajmujących mocno przerosły nasze możliwości. Zaczynając od horrendalnych cen wynajmu (1200€, żeby dostać w ogóle klucze) a kończąc na propozycjach zamieszkania w pokoju w zamian za „fetish party". Finalnie znaleźliśmy świetną opcję, no ale...od 1 lipca. Nasz nocleg przez Airbnb dobiegał końca, więc desperacko poszukiwaliśmy czegoś na kolejne dni. Cudem (dosłownie) udało nam się znaleźć kogoś, kto przenocuje nas za 25€ od osoby, co przy standardowych amsterdamskich cenach było, prawie że darmochą (30€ za dobę w hostelu z 8 osobami lub 40€ za dobę na campingu).


Kiedy emocje związane z mieszkaniem opadły, przyszedł czas na pracę. Roznoszenie CV, wysyłanie CV, wypełnianie aplikacji. Moje poprzednie doświadczenie zawodowe w Amsterdamie dotyczyło między innymi pracy w gofrowni, więc tego typu miejsca były początkowo moim priorytetem. Udało się. Jedno z miejsc zaproponowało mi dzień próbny. Szczęśliwa i pewna siebie poszłam by przetestować swoje możliwości. To co mnie tam spotkało...

Moim zadaniem było głównie mycie naczyń, wstawianie ich do zmywarki, wycieranie, odkładanie i tak w kółko. Bez narzekań, pierwszy dzień, rozumiem, jednak zwątpiłam, gdy manager po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi na pytanie „robiłaś już wcześniej gofry i naleśniki?” odpowiedział „to zaczniesz to robić za jakiś miesiąc". To, co działo się później, wyglądało jak konkurs na najbardziej idiotyczne sytuacje, w jakich przyszło mi uczestniczyć. Zacznijmy od tego, że wymagano ode mnie śpiewania i tańczenia w trakcie zmywania naczyń PLUS jednoczesnego wykonywania poleceń i zaznajamiania się z zasadami funkcjonowania tego miejsca. Przede mną leżała tacka z setką sztućców do wysuszenia, która według osoby nadzorującej zmianę powinna być pusta w przeciągu maksymalnie 3 minut. Następnie, gdy już uporałam się z toną brudnych naczyń i przekierowano mnie do uzupełniania pojemników z płynną czekoladą, manager uznał, że to świetny moment na to, aby przetestować mój refleks — rzucając we mnie butelką czekolady, bez zapowiedzi, oczekując, że będę w stanie ją złapać. Oczywiście, gdy do tego nie doszło otrzymałam reprymendę pt.”Joanna, następnym razem złap to w dwie ręce". A jeśli już jesteśmy przy rzucaniu rzeczami... czy chcielibyście zjeść lody z naleśnikami, gdzie gałki są przerzucane między pracownikami przez połowę długości sklepu? Ja nie, ale według managera tego miejsca „ważne jest show". Do pakietu debilnych sytuacji dorzućmy jeszcze niesamowicie głośną muzykę, która składała się z 3 zapętlonych piosenek, krzyczącego do wszystkich gości managera, który jednocześnie flirtował (dosyć ostentacyjnie) z każdą klientką (niezależnie od tego, czy była sama, czy z partnerem) oraz mój „ulubieniec”, czyli obsypywanie cukrem pudrem zimnych ogni (a także ludzi i ich rzeczy dookoła) umiejscowionych pośrodku naleśników po to, by wywołać płomień, poprzedzone sugestią „włączcie swoje snapchaty". Ogólnie mój dzień próbny zakończył się stosunkowo szybko, a na dokładkę, gdy chciałam zmienić firmowe ciuchy na prywatne usłyszałam "rozbierz się tutaj, to Amsterdam". Oczywiście w tym momencie bez ogródek z moich ust popłynęło „fuck off".

Na szczęście finalnie trochę spraw się rozwiązało. Przed nami kilka rozmów o pracę i życie idzie powoli do przodu, ale zdecydowanie, jak na start Holandia postanowiła nas nieźle przetestować. A co u was? Może też macie jakieś szalone historie z początków za granicą/w nowym mieście?


0 komentarze: